Wyszukiwarka tanich lotów Skyscanner sprawdziła, gdzie w tym roku Polacy spędzą wakacje, ile średnio wydadzą na loty oraz jaka będzie średnia długość zaplanowanego urlopu. Wyszukiwarka tanich biletów Skyscanner, jak co roku, przygotowała wakacyjny raport. Tym razem, analitycy, oprócz najpopularniejszych kierunków podróży sprawdzili również z jakim wyprzedzeniem kupowaliśmy Tajlandia - 12 najlepszych hoteli na luksusowe wakacje życia. Nie musicie się więcej martwić o prywatność czy atrakcje. Witajcie w Tajlandii! Tajlandia zimą. Podczas, gdy skuta mrozem Europa zimuje, Tajlandia rozkwita w pełnym słońcu. Właśnie dlatego jest to optymalny czas, by wybrać się w podróż do dalekiej Azji Południowo-Wschodniej i odpocząć od szalejących na Starym Kontynencie zamieci śnieżnych. Od listopada do lutego w Tajlandii panuje pora ciepła i sucha Fast Money. Nadchodzi dziewiąty miesiąc kalendarza chińskiego. W przedpokoju czeka spakowany plecak, na stole leżą wydrukowane bilety, dopijam filiżankę zielonej herbaty, Fil wyłącza prąd w mieszkaniu. Wracamy do Tajlandii – pisze Magdalena Bramowicz. Kilkanaście godzin lotu i jesteśmy w Mieście Aniołów. Prognoza pogody sprawdzona w Polsce brzmi niezbyt optymistycznie, wujek Google przepowiada burze i ulewy, ciocia Wiki potwierdza, że w październiku słupki deszczu są najwyższe. Nie zrażeni tymi informacjami zagłębiamy się w miasto. Nie możemy doczekać się pierwszej porcji Pad Thai oraz schłodzonej butelki piwa Chang. Jest piękny, słoneczny dzień. Siedząc na Rambuttri Rd. ustalamy plan na najbliższe dni: wyjazd do Sukhotai, kilka dni w Bangkoku, podróż na Krabi… Na koniec to, co sprawiło, że przyjechaliśmy do Tajlandii w porze deszczowej – Festiwal Wegetariański na Phuket. Plan realizujemy z większą lub mniejszą dokładnością, nie jesteśmy w stanie przewidzieć gdzie nam się spodoba i ile dni będziemy chcieli tam spędzić. Jesteśmy elastyczni i nie rezerwujemy niczego z wyprzedzeniem. Sukhotai urzeka nas swoim spokojem i… gościnnością. To jedno z miejsc, w którym stosunek jakości noclegu do ceny wypada bardzo korzystnie. Po powrocie do Bangkoku idziemy zobaczyć jak kobra zjada całą żabę na Farmie Węży, kupić mleczne kulki w sezamie, sprawdzić czy Pani Kaczka na rogu dalej serwuje najlepszą kaczkę w okolicach Khao San Rd. Nocnym pociągiem jedziemy na Krabi. Jestem urzeczona tym, że do obowiązków konduktora należy ścielenie łóżka, układanie poduszek i rozkładanie koca:) W Ao Nang dowiaduję się dlaczego muzułmanki zbierają się popołudniu na plaży z plastikowymi koszykami oraz jak zmyć czarną glinę ze stóp. Ta druga informacja wydaje się bardzo praktyczna. Leżąc pod palmą zastanawiam się jak to możliwe, że w tak małej miejscowości jaką jest Ao Nang żyje w zgodzie obok siebie tak wiele grup: wyznawcy buddyzmu, taoizmu, muzułmanie, Chińczycy, Tajowie, homoseksualiści, transwestyci, rzesze turystów… Nie mam zbyt wiele czasu na rozmyślanie na plaży, należy się pakować – na Phuket rozpoczął się Festiwal Wegetariański. Jego głównym założeniem jest przekonanie, że poprzez wegetariańskie jedzenie, przestrzeganie określonych reguł i zasad, wierni oczyszczają swoje ciało i dusze, a także mają okazję do proszenia o szczęście i pomyślność dla siebie oraz społeczności. Jadąc na wyspę nie wiem czego się spodziewać, jak będą wyglądały procesje? Czy uda mi się dostrzec Mah Song? Czy wreszcie spadanie monsunowy deszcz? Czy w Phuket Town jest tylko wegetariańskie jedzenie? Czy kupię gdzieś białe ubranie? Autobus z Krabi wysadza nas na obrzeżach Phuket Town. Najważniejszym pytaniem jest teraz: jak dostać się tanim sposobem do centrum? Pierwszy problem rozwiązuje się dość szybko – po prostu łapiemy stopa. Wieczorem objadamy się na festiwalowych straganach, gdy ktoś mnie pyta co jadłam, odpowiadam zgodnie z prawdą – nie wiem! Ilość smaków, aromatów, potraw gotowanych, pieczonych, smażonych, duszonych przechodzi moje możliwości poznawcze, pod względem kulinarnym jest fantastycznie. Obecność na festiwalu zobowiązuje do ubrania w kolorze białym, kupujemy koszulki na zmianę, trudno się zdecydować na model bo przemysł festiwalowy kwitnie. Kładziemy się wcześnie, jutro pierwsza procesja, nie możemy się spóźnić. Budzik w komórce dzwoni przed 7 rano, jemy śniadanie i wyruszamy pod Clock Tower gdzie będzie przechodziła procesja. Pod zegarową wieżą gromadzą się już ludzie. Dochodzi 8 rano. Zajmujemy strategiczną pozycję na środku ronda i czekamy. Czekamy, czekamy, czekamy… Trzymanie „fenomenalnych miejscówek” przy grzejącym słońcu jest męczące, więc odpuszczamy i siadamy na ławce w cieniu. Dochodzi 10, czekamy już dwie godziny. Zastanawiamy się czy nasze miejscówki są rzeczywiście takie dobre. Obserwujemy ekipę telewizyjną i dochodzimy do wniosku, że trzeba się jednak przenieść w inne miejsce. Tłum ludzi gęstnieje, młodzież się nudzi więc co chwilę rzuca petardą w tłum… Ale zabawa! Jak zwykle w kraju azjatyckim wyróżniam się w tłumie – jedyna blond głowa. Dzięki temu zostaję uwieczniona przez miejscowego kamerzystę. W oddali drogi widzimy unoszącą się chmurę dymu, słychać huki – jeszcze nie wiemy co to znaczy. Zbliża się procesja. Nadchodzą przedstawiciele władz, młodzież z chorągwiami, osoby niosące święte figury, samochody z głośną muzyką, Mah Song (żywe wcielenia bogów) – osoby dokonujące rytualnych samookaleczeń, kobiety będące medium, chińskie węże. Dla odstraszenia złych demonów, na święte figury rzuca się petardy. Można też przyczepić je do kija i trzymać nad figurami. Petardy idą hurtowo, są ich setki, tysiące. Ponieważ stoimy prosto na trasie część z nich trafia bezpośrednio w nas, niezbyt miłe uczucie. Obserwuję to wszystko i jestem w lekkim szoku. Nie mogę skupić się na robieniu zdjęć bo jestem pochłonięta atmosferą. Mocno to przeżywam. Spontanicznie dołączamy do procesji. Procesja zmierza w kierunku świątyni Saphanhin położonej nad brzegiem morza. W świątyni odbywa się magiczny rytuał – z ciała Mah Song wychodzi zamieszkujące w nim bóstwo. Po kilkukrotnym uderzeniu dłońmi o ołtarz Mah Song traci przytomność. Dopiero doświadczony przewodnik przywraca mu świadomość. Rytuał wymyka się możliwościom poznania poprzez szkiełko i oko, gdyby nie czucie i wiara całość nie miałaby sensu. To najbardziej niesamowita rzecz jaką widziałam w życiu. Przez najbliższe dni będziemy uczestniczyć w kolejnych procesjach, doświadczę oblania wodą przez figurę żółwia – przynosi szczęście, otrzymam osobiście od Mah Song banany – na szczęście, kobieta w transie podaruje mi bransoletkę z włóczki – na szczęście, inne medium pobłogosławi mnie czarną flagą – również na szczęście. Mam wrażenie, że powodzenia starczy mi przynajmniej na rok! Mogę wracać do Polski. Zanim jednak wrócimy objedziemy Phuket na skuterze, burza przerwie nam poszukiwanie rytualnych kąpieli we wrzątku, zjemy najlepsze na świecie owoce morza BBQ, poleżymy na trawie przed Pałacem Królewskim, kupimy medalion na targu amuletów, zajrzymy na Chatuchak Market i do China Town oraz sprawdzimy, że nie mamy czego szukać w dzielnicy Patong i na pływającym markecie w Damnoen Saduak. Bogatsi o nową wiedzę i wrażenia wracamy do Polski. Niedługo znów dopiję filiżankę zielonej herbaty, a Fil wyłączy prąd w mieszkaniu. Wrócimy do Tajlandii. tekst i zdjęcia: Magdalena Bramowicz/ Autor: redakcja Comments comments Mamy tak dużo wspomnień z Azji, że sami nie ogarniamy i bardzo powoli dochodzimy do siebie po powrocie. Czy 100 dni w Azji z dziećmi to był dobry pomysł? Czy pojechalibyśmy znów? Czy mamy na razie dość podróży? W końcu to tak jakbyśmy… 7 razy byli na dwutygodniowych wakacjach… z dziećmi. Spis treściŻYCIE NA WALIZKACH, CZYLI RODZINA NOMADÓWNASZA PIERWSZA TAK DŁUGA PODRÓŻ W ŻYCIUGRUNT TO PLANOWANIE100 DNI W PODRÓŻY PO AZJI W KILKU SŁOWACHWAKACJE Z DZIEĆMI TO NIE WAKACJE, TO WALKA… O PRZEŻYCIEPODSUMOWUJĄC ŻYCIE NA WALIZKACH, CZYLI RODZINA NOMADÓW Gwoli przypomnienia. W naszą rodzinną podróż po Azji wyruszyliśmy 18. lutego. Razem z 7 miesięczną Igą i niespełna 3 letnią Sarą stawiliśmy się na wrocławskim lotnisku. Z wielkim plecakiem, walizką i dwoma wypakowanymi bagażami podręcznymi, by wspólnie wyruszyć w największą podróż naszego życia. Jeszcze nigdy nie byliśmy poza domem tak długo. Jeszcze nigdy nie byliśmy razem w Azji i pierwszy raz lecieliśmy samolotem (a właściwie to nawet kilkanaście razy) z dwójką dzieci. 13 lotów – tyle ma już na swoim koncie Iga. Nasz podział w samolocie jest prosty, ja pilnuje by nie zgubić dzieci, a Jacek tacha walizy :). W tym przypadku zadanie było proste, bo Sara usnęła w wózku :) Zostawiliśmy mroźną i humorzastą polską pogodę na rzecz tropikalnego słońca! Razem odwiedziliśmy Singapur, Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Filipiny i Japonię. Wróciliśmy do Polski po 100 dniach z mocno odchudzonym portfelem, wielokrotnie przepakowanymi walizkami i… ogromnym bagażem przemyśleń, wspomnień i doświadczeń. > Na szczegółowe podsumowania, opisy i poradniki z podróży (w tym wpis o budżecie, którego aż się boję!) przyjdzie jeszcze czas, ale już dziś PIERWSZE PODSUMOWANIE PODRÓŻY PO AZJI ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ Z DZIEĆMI. > NASZA PIERWSZA TAK DŁUGA PODRÓŻ W ŻYCIU W podróży spędziliśmy 100 dni. To tak jakbyśmy 7 razy wyjechali na dwutygodniowe wakacje. Jedno z naszych ulubionych zdjęć w podróży. Kamienne twarze buddyjska świątyni Bayon w kmerskim mieście Angor w Kambodży. Najwięcej czasu spędziliśmy w Tajlandii (29 nocy). Najkrócej byliśmy w Kambodży (2 noce). Tego ostatniego mocno żałujemy, ale niestety nawet 100 dniowa podróż ma swoje ograniczenia, a wyjazdu do Kambodży początkowo nie planowaliśmy w ogóle. Jej ponura historia i fakt, że to jednak kraj trzeciego świata odstraszała. Na pierwszy wyjazd z dziećmi wydawała nam się nieodpowiednia. Jednak po tym jak świetnie (nie będziemy skromni) podróżowało nam się po Tajlandii i po Malezji, postanowiliśmy zmienić plany i choć na chwilę pojechać do Angor, potężnego miasta Imperium Kmerów, które od setek lat spoczywa w dżungli. Było warto, choć mamy ogromny niedosyt! Na pewno wrócimy, ale zdecydowanie nie w kwietniu. Temperatura jest wtedy nie do zniesienia. Mieliśmy ramy czasowe (kupiony bilet powrotny z Tokio) i kilka miejsc na trasie, które koniecznie chcemy zobaczyć. GRUNT TO PLANOWANIE Podróż w dużej części planowaliśmy na bieżąco. W Polsce zaplanowaliśmy tylko pierwszy tydzień w Singapurze, kilka dni w Tajlandii. Później ustalaliśmy plan podróży na bieżąco… chcieliśmy mieć jak najmniej ograniczeń i nie wiedzieliśmy jakim tempem uda nam się podróżować tak żeby wszyscy byli zadowoleni. Także dziewczynki. Wiele razy zmienialiśmy plany i zamierzenia zrezygnowaliśmy z Wietnamu i Tajwanu, bo woleliśmy zostać dłużej w Tajlandii. To działało też w drugą stronę, wielokrotnie rezygnowaliśmy z odpoczynku „bo skoro jesteśmy już tak blisko, to musimy pojechać też tu”. Tak długa podróż rządzi się swoimi prawami, nie sposób zaplanować jej tak, jak robi się to z 2-3 tygodniowymi wyjazdami. Ma to swoje plusy (większą elastyczność, można odkryć prawdziwe perełki bo jest czas, nigdzie się nie spieszymy, mniej rzeczy nas ogranicza itp.), ale i minusy (brak czasu na sen, bo hotele trzeba kiedyś wybrać i zabookować, a atrakcje wygooglować). Nie jesteśmy typem podróżników, którzy idą gdzie oczy poniosą i śpią w przypadkowych miejscach. Nie robiliśmy tak bez dzieci, a z dziećmi tym bardziej. Dlatego było to dosyć czasochłonne i męczące podczas podróży i jeśli mielibyśmy kiedyś powtórzyć taki wypad, nad tym trzeba byłoby popracować. *Na początku udało nam się napisać podsumowanie po 30 dniach w drodze. Później nie było już tak łatwo i po prostu odpuściliśmy prowadzenie relacji z podróży na bieżąco. Taras widokowy przy Sky Bridge na Langkawi, Malezja. Pierwszy miesiąc naszej wyprawy. 100 DNI W PODRÓŻY PO AZJI W KILKU SŁOWACH Początkowo planowaliśmy, że to będzie podróż w stylu slow. Będziemy podróżować po mału. Raczej będziemy mieszkać w tropikach niż się po nich przemieszczać… nie udało się. Przejechaliśmy po Azji Środkowo-Wschodniej… niemal 35 000 kilometrów! Po co? W poszukiwaniu rodzinnych przygód i pięknych krajobrazów. Trudno uczyć się odpuszczać kiedy za rogiem czaiło się milion miejsc wartych zobaczenia! A szkoda jechać tak daleko by całymi dniami siedzieć na hotelowej plaży. Choć i to nam się zdarzało :) Poruszaliśmy się po Azji samolotami, autobusami, łodziami, tuktukami, wynajętymi samochodami, skuterem, czy pieszo. Nasze dziewczyny zniosły podróż świetnie. Wszystkimi środkami transportu! My czasem gorzej, o czym opowiemy w kolejnym wpisie :) Kiedy my z zachwytem wypatrywaliśmy kolejnych świątyń w kompleksie Angkor Sara szukała… krów. Zwróćcie uwagę na to, jakie te krowy są chude! Podobnie było na Filipinach. Średnio w jednej miejscowości zostawaliśmy na 3-4 dni. Spaliśmy w dobrych hotelach, ale i chatkach z bambusa. Zdarzyło nam się nocować na lotnisku. Czasem mieliśmy na balkonie prywatny onsen (basen z gorącymi źródłami), a czasem nie mieliśmy nawet wody bieżącej! Widok z domku przy plaży w resorcie Castaway na Koh Lipe. Tajlandia. Drugi miesiąc wyprawy. Pamilacan – chata z bambusa (zobaczcie jaka jest szczelina między końcem ściany a dachem… Gdzie jest Sara? :) Jadaliśmy w restauracjach, ale zdecydowanie częściej na street foodach. Ani razu nie nie mieliśmy problemów z żołądkiem. Smakowaliśmy świeżych kokosów, aromatycznych owoców mango i kuszących owoców morza… więcej o jedzeniu w Azji z perspektywy naszych dzieciaków pisaliśmy już tu. Poznaliśmy setki ludzi. Z większością z nich rozmawialiśmy po angielsku. Najtrudniej było nam dogadać się w Japonii, ale i tam daliśmy radę. Spotykaliśmy turystów, którzy spędzali w podróży po Azji po 2-3 tygodnie, ale też długodystansowców (6 miesięcy i więcej), czy nawet osoby, które na zawsze przeniosły się w te zakątki świata. Na jednej z filipińskich wysp mieszkaliśmy u Polaka, który kilkanaście lat temu przeniósł się tu z Warszawy. Widzieliśmy podróżujących studentów, rodziny z dziećmi i emerytów. Moc inspiracji! Byliśmy raz w szpitalu. Przez zęby! A właściwie przez ząbkowanie i wysoką gorączkę, która nie chciała odpuścić. A jeśli już o zębach mowa to zauważyliśmy zależność, każdy nowy odwiedzony kraj to nowy ząb Igi (średnio :D). Cały czas żyliśmy na wysokich obrotach. Z wyostrzonymi zmysłami i poczuciem, że to co przeżywamy dzieje się tylko raz! WAKACJE Z DZIEĆMI TO NIE WAKACJE, TO WALKA… O PRZEŻYCIE To nie była zwykła podróż, podróżowaliśmy z dwójką dzieci co mocno determinowało nasze plany i możliwości. Z dwójką MAŁYCH dzieci. Dzieci z niewielką różnicą wieku. W tym z niemowlakiem, a jest to dość istotne jeśli mówimy o logistyce w podróży. Okazało się jednak, że to co przeraża większość myślących o podróżowaniu rodziców nasze dziewczyny zniosły świetnie. Kilkunastogodzinny lot z przesiadkami nie jest dla nas problemem… Jedzenie? Daliśmy radę! Jazda zatłoczonym metrem z bagażami? Przecież to przygoda! Grunt to luz i otwarty umysł. Jedną z moich obaw było to, jak dziewczyny zniosą pływanie łodziami. We Wrocławiu nawet 30 minutowy rejs katamaranem był wielką nudą, a w Tajlandii nie było wyjścia. Jeśli chcieliśmy jechać na wyspy, musieliśmy pływać. Czasem 2-3 godziny w jedną stronę. Po raz kolejny okazało się, że dzieci (przynajmniej nasze) bardzo szybko adaptują się do sytuacji. Nie było ani jednego buntu na wodzie. Jak widać ograniczenia i lęki zdecydowanie częściej siedzą w głowach rodziców niż w możliwościach dzieci. Tak, wiem, że są dzieci, które po prostu nie lubią podróżować i takie, które cierpią na chorobę morską, lokomocyjną etc.. Każdego dnia w podróży dziękowałam Bogu, że moje dzieci tak nie mają dzięki czemu możemy pozwolić sobie na taką PRZYGODĘ. Jeden z pierwszych rejsów szybką łodzią. Tajlandia. Pierwszy miesiąc wyprawy. Byliśmy razem 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu… bez żłobka, niani, dobrej cioci, czy opiekuńczej babci… zupełnie sami w zmieniających się okolicznościach. W zupełnie nowych miejscach. Nie ukrywamy, że… łatwo nie było. Jedna panienka gdyby mogła żywiłaby się głównie lodami, a czas spędzała szalejąc na placach zabaw, druga głośno i donośnie wyrażająca sprzeciw kiedy mama próbowała ją posadzić w krzesełku lub wózku #chcenaręce. Tu zajadamy lody na Koh Lancie, po wyczerpującej przejażdżce po wyspie. Wiemy, że nie każdy może przez 100 dni być ze swoimi dziećmi non stop i naprawdę doceniam to, że mamy taką możliwość. Wiemy jednak, i wy z pewnością też wiecie, że opieka nad dziećmi to nie jest łatwy kawałek chleba. Męczy o wiele bardziej niż sama podróż. Nawet jeśli zrobiliśmy sobie kilka dni leżakowania na rajskich plażach, to czuliśmy się o wiele bardziej zmęczeni niż wtedy, kiedy dziennie robiliśmy po kilkanaście kilometrów pieszo. Gdyby się jednak głębiej zastanowić to w domu człowiek się też umęczy, a tak przynajmniej zobaczyliśmy trochę świata :) PODSUMOWUJĄC Wydaliśmy zdecydowanie za dużo. Spaliśmy zdecydowanie za mało. … Nie raz płakaliśmy ze zmęczenia i bezsilności. Kłóciliśmy się jak prawdziwe włoskie małżeństwo. … z różnych powodów, o których jeszcze napiszemy, drugi raz nie pojedziemy z dziećmi na tak długi i intensywny wyjazd (w sumie sami też nie pojedziemy przez najbliższe kilkanaście lat, bo nie wyobrażamy sobie, żeby zostawić dzieci na długo, a szkoda bo długie podróżowanie ma równie długą listę plusów). ALE … absolutnie nie żałujemy! Nie zrywamy z podróżami! Co więcej, pojedziemy do Azji najszybciej jak się uda. Wróciliśmy bogatsi o setki wspomnień i nowe doświadczenia. Nasze podróżowanie z dziećmi weszło na zdecydowanie wyższy poziom. Wiemy dużo o podróżowaniu, ale przede wszystkim o naszych możliwościach. Daliśmy radę! Jako rodzice i jako zaprawieni w azjatyckim boju turyści! Razem możemy naprawdę dużo >> 11 NAJSILNIEJSZYCH WSPOMNIEŃ Z AZJI <<< ps. Jeśli myślicie, że to koniec naszych podróży na ten rok i mamy dość życia na walizkach, to śpieszymy z odpowiedzią. Czerwiec i połowę lipca spędzamy we Włoszech. Czyli chyba jednak nie :) :) :) Choć tu akurat, ładujemy akumulatory. Tajlandia jest znana z wyśmienitej kuchni i majestatycznych świątyń. To urozmaicony kraj gór pokrytych lasami tropikalnymi, głębokich dolin rzecznych i niewielkich pól uprawnych. U wybrzeży rozsypane są setki wysp ciągnących się wzdłuż Zatoki Tajlandzkiej i Morza Andamańskiego. Przepiękne plaże obmywane przez krystalicznie czyste wody przyciągają amatorów nurkowania oraz masaży nad brzegiem morza. Bangkok ma bardzo kosmopolityczny charakter i jest rajem dla miłośników zakupów, a leżące na północy Chiang Mai łączy starożytną historię z przygodami na świeżym powietrzu. Odległe rubieże Issanu, kryjące stare świątynie Khmerów, oferują mniej rutynowe szlaki. Tajlandia jest rajem dla smakoszy. Niepowtarzalny jest nie tylko smak potraw, ale i ich wygląd, a posiłki w tajskim stylu to prawdziwe imprezy towarzyskie. Jeśli lubisz życie na walizkach, spędź wakacje, podróżując po Tajlandii. Dowiedz się, co znaczy nazwa Prathet Tai, ile rodzajów uśmiechów rozróżniają Tajowie i dlaczego we wszystkim, co robią, musi być sanuk. Weź udział w obchodach Songkran, w spędzie słoni w Surin, Święcie Wegetarian w Phuket oraz zachwycającym Loy Krathong. Naucz się rzeźbić w owocach i poznaj magiczną moc tatuaży z Wat Bang Phra.

wakacje na walizkach tajlandia